Nie jestem jakoś szczególnie dumna z tego wiersza, ale jestem ciekawa co wy o nim myślicie.
"Wybawicielka" - by Karen
Nikt nie pamięta kiedy zjawiła się na ziemi, ani skąd pochodzi,
Czy za dobrem czy za złem tego świata wytrwale stoi,
Jest to pytanie które w człowieku nieufność i złość rodzi,
Bo odpowiedzi każdy bez wyjątku się śmiertelnie boi.
Lecz w chwilach smutku, w czasie bezgranicznego zwątpienia,
Gdy słone łzy spływają po twym policzku a w sercu rodzi się złość,
Tylko u niej znajdziesz schronienie, oazę spokoju, chwilę wytchnienia,
Niczym wybawicielka odgoni męczącą cię od dawno niepewność.
Właśnie ona nie pytając o nic płaszczem cię swym okryje,
Nie osądzając, odgrodzi od kierowanych w twą stronę litościwych wzroków,
I choć wiesz, że uczynków twych nic już nigdy nie zmyje,
Odnajdujesz chwilowe zapomnienie i spokój pośród połów materiału mroków.
Już od zarania dziejów w jej egzystencji ludzie perfekcji nie dostrzegają,
Lecz ona trwa przy nich przyjmując wytrwale niesprawiedliwe ciosy,
I choć tyle już wieków upłynęło, choć dalej zaufania do niej nie mają,
Ty mimo wszystko w objęcia nieznane powierzasz swego życia losy.
Gdy jednak nadejdzie dzień w którym ludzie przejrzą na oczy,
A ciebie podziwiać będą za siłę, wytrwałość i niezmienność,
Dowiedzą się, ż ta która między zachodem a wschodem kroczy,
Ta, która o wszystkich chciała się troszczyć, odeszła, a jej imię brzmiało – ciemność.
I choć łzy słone popłyną, a do nieba wzniosą się modły,
Ona już nie powróci do miejsca skąd ją wygnali, gdzie jej nie chcieli,
Dopiero wtedy zdasz sobie sprawę jaki świat potrafi być podły,
A jej klątwa będzie ciążyć nad pokoleniami by swej nikczemności nie zapomnieli.
Nadszedł w końcu czas na coś weselszego. Wierszyk ten powstał w czasie letniej pracy. Napisałam go razem z Sabiel. Sami rozumiecie "praca=nuda", więc co miałyśmy robić...:)
„Rybne opowieści” – by Karen & Sabiel
W dużym morzu żyje ryba
I ta ryba pływa chyba
Pływa chyba po dnie morza
By dopłynąć do Pomorza
Długa droga na nią czeka
Więc z podróżą już nie zwleka
Choć po drodze są trudności
Które wdają jej się w ości
Zaliczyła już wysp kilka
I została tylko chwilka
Na dotarcie do Pomorza
Zanim zniknie pierwsza zorza
Patrzy w niebo załamana
Obolała, niewyspana
Bo nie widać jeszcze celu
Który jest jej jednym z wielu
I rodzina na nią czeka
Wypatruje ją z daleka
Biedna ryba już nie może
Tylko szczęście jej pomoże
Zasmucona wyczekuje
Aż ją statek poratuje
A ten płynie z falą dużą
Więc rodzice jej się wkurzą
Że naraża cenne życie
Dla faceta na kokpicie
Tym się jednak nie przejmuje
I do celu hardo pruje
Ominęła wyspę Grecję
Alabamy i Wenecję
Zawitała do Wersalu
By go zwiedzić każdym calu
Potem wpadła do Paryża
Bo Sylwester się już zbliża
A w Paryżu tylko nocą
Świecą gwiazdy i migocą
Później droga prosta była
I do Wiednia wnet przybyła
Tam za radą ojca-ryby
Wnet wybrała się na grzyby
Grzyby szybko nazbierała
I do Anglii się wybrała
Gdzie w Londynie na Big Benie
Wnet dostała big olśnienie
Że w Teksasie gdzie nie balu
Zagarnęła kupe szmalu
Może w Vegas zakotwiczyć
Bo na szczęście warto liczyć
I gdy w oczko już wygrała
Do Japonii się wybrała
Potem tylko Chiny, Szwecja
Karaiby i Lukrecja
Kawał świata już zwiedziła
I się strasznie wynudziła
A rodzina dalej czeka
Wypatrując ją z daleka
Kurs obrała na Pomorze
By Bałtyckie zwiedzić morze
A rodzina się weseli
Bo kuzynkę swą ujrzeli
Wielka uczta się odbyła
Ryba przecież głodna była
I nie mówiąc nic nikomu
Że najlepiej jest jej w domu
Wyciskała swą rodzinę
Robiąc przy tym dobrą minę
Gdy już brzuszek pełny miała
Znów w swą podróż się wybrała
Morał z tego nam wynika
Że ryb trudna jest psychika.
Ostatnio poważnie zastanawiam się nad kontynuacją mojego opowiadania. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to za niedługo pojawi się już prolog:) Co do wiersza to powiem tylko jedno: powstał w wyniku zabawnego przypadku...
„Przyjaciel czy zdrajca?” by Karen
Powierzasz mu wszystkie swoje sekrety
Lecz czy dobrze robisz nie wiesz niestety
W chwili obecnej to co właściwe się zdaje
Po czasie jakimś złym wyborem się staje.
I gdy czas ten nadejdzie pytasz bez skutku
Czy przyjaciół poznaje się w biedzie i smutku?
Choć prosta zdawałyby się odpowiedź twierdząca
Na myśl przychodzi „chyba nie do końca..”.
W myślach niczym film powracają wspomnienia
O smutku i bólu, chęci zapomnienia.
Niedotrzymane obietnice, liczne rozczarowania,
Tak mało dobrych chwil do zapamiętania.
Patrzysz wstecz, wspominając te dzieje
Uzmysławiasz sobie przyjaźni beznadzieje,
Dosyć masz już kłamstw i upominania
Oraz ciągłego błędów wybaczania.
Bo czy osoba co przyjacielem się nazywa
A po kryjomu światu sekrety twe odkrywa
Zasługuje na twoją nienawiść i pomstowanie
Czy na zrozumienie i szczere oddanie?
Pytania mnożą się niemiłosiernie
Czy będzie ona służył ci kiedyś tak wiernie?
Czy na dwa fronty działania zaprzestanie?
Czy porzuci to wstrętne plotkom umiłowanie?
Jest ktoś na świecie kto znałby rozwiązania
Na tak proste i tak trudne pytania?
Ktoś kto posiadałby mądrość i wiedzę starca
I odróżnił czy druh twój to przyjaciel czy zdrajca.
Ok, więc na początek... To jeden z moich ostatnich wierszy i dalej nie moge uwierzyć, że to JA go napisałam! Naprawdę! Zaczynam się zastanawiać czy rozdwojenie jaźni nie jest bardziej powszechne niż mi się wydawało:P Chociaż wg innych wiersz jest świetny w ogóle nie pasuje do mojego charakteru. Chyba muszę się nad sobą zastanowić... Jeszcze na koniec dedykacja. Dedykuje go Sylwiannie, przez którą za każdym razem gdy widze ten wiersz myśle tylko o jednej osobie...
„Szept” by Karen
Znów uwagi skupić nie mogę,
Choć przebyłam tu tak długą drogę.
Oczy same mi się zamykają,
Nastrojowi chwili chyba ulegają.
Myśli zdają się daleko w przestrzeń ulatywać,
A ciało i dusza spokojnie w dal odpływać.
Jeszcze ostatnie słowa do uszu docierają,
Lecz niewyraźne, niezrozumiałe, sensu nie mają.
Ale zaraz! Chwilka! Czy to nie głos anioła?
On nie szepcze, nie mówi, tylko kogoś woła.
Powieki powoli mi się otwierają
Oczy jasnego światła troszkę się lękają,
Oraz tego, że nie ujrzą właściciela głosu,
Że to tylko żart, figiel od okrutnego losu.
Przez mgłę jednak czyjś zarys się rysuje,
A serce przyspiesza bo drugi rytm w pobliżu czuje.
I w powietrzu wołanie już nie rozbrzmiewa,
Nie, anioł teraz mówi, ale jakby też śpiewa.
Ubiór jego jest z czarnego atłasu zrobiony,
A pióra skrzydeł tak ciemne jak u pięknej wrony.
Tak samo włosy anioła nieposkromione,
Lecz oczy są błękitne, w oceanie zatopione.
Niby daleko a jednak tak blisko stoi,
Z każdą chwilą jest bliżej mimo mej woli.
Już czuje oddech na moim ramieniu,
A jego sylwetka moją pozostawia w cieniu.
Wtedy jego szept do mych uszu dociera,
I wszystko we mnie nagle zamiera.
„Kocham Cię.” – słyszę tylko te dwa słowa skromne,
Lecz to nie anioł a diabeł szeptał do mnie…
Jeden z moich pierwszych i ulubionych wierszy. Pisząc go byłam naprawdę wściekła. Chciałam się wyrzyć wplątując głównego bohatera w okropne sytuacje, przerażające doświadczenie, śmierletne przeżycia. Jednak pisząc, po pewnym czasie doszłam do wniosku, że to nie wystarczy. Musiałam pokazać jego prawdziwe oblicze... Czekam na wasze opinie ^^
„Oczyszczający deszcz” by Karen
Świat ponownie pogrążył się w mroku,
Na ulicach zamarło szybkie echo kroku,
Księżyc przez ciemne chmury próbuje się przedrzeć,
Nadaremnie czarną kotarę nieba zedrzeć.
Mącąc spokojną ciszę, muzyka rozbrzmiewa,
Ulatując niepostrzeżenie, ponad budynkami śpiewa.
Lecz skąd pochodzi, zgadnąć nie można,
Rozbrzmiewająca w ciemności pogróżka groźna?
Do kogo skierowana? Próżno dociekać,
Lecz kara niebie będzie na niego czekać,
Bo kto choć raz ręce swe i serce splamił,
Nie poprzestanie na jednym, lecz dalej będzie ranił.
Jego czyny pozbawione są przyzwoitości,
Serce zaś twarde niczym białe kości,
Sumienie zagłuszające istotę człowieczeństwa,
Doprowadzi go w końcu do bólu i męczeństwa.
Grzechy jego będą rosnąć do czasu,
Aż w ciemności nieprzeniknionej bez kryjówek wśród lasu,
W zimnym mieście z ceglanymi budynkami,
Księżyc w pełni skryje się za burzowymi chmurami.
Wtedy to noc czarna niczym smoła,
Złapie go w swe szpony obejmując dookoła,
Kończąc zarazem wszystkie ludzkie udręki,
By winowajca rozpoczął swe piekielne męki.
Deszcz swymi kroplami ulice brudne obmywa,
Które zło, nieszczęście i smutek grubą warstwą pokrywa,
Roniąc ostatnie łzy swej wielkiej radości
Pozostawił miasto takie jak za jego młodości.
W wilgotnym powietrzu zaś ostatnie tchnienie,
Wydało złe, nieludzkie nasienie,
Dzięki deszczowi z nieba obmyty został,
I z czeluści ciemności na nowo powstał.
Lecz serce jego jest dalej człowiecze,
I to co czuje nie zawsze rzecze,
Umysł zaś ma głęboki i nieprzenikniony,
Gdy zrobi zły ruch znów będzie zgubiony.
Na razie jednak kroki jego ponownie rozbrzmiały,
Pośród ciemnej nocy, którą chmury dały,
I odkrywając księżyc w rytm kroków stukania,
Wyczekują kolejnego, mrocznego spotkania…